Opowieść o Marii Egipcjance powstała już w VI wieku naszej ery w jednym z egipskich monasterów – najpewniej w nieznanym nam bliżej klasztorze ojca Zosimy. Za jej twórcę uznaje się jednak patriarchę Jerozolimy, Sofroniusza (zm. ok. 639 r.), gdyż autorstwo cieszącego się uznaniem i czcią wysokiego urzędnika kościelnego nadawało opowiadaniu o cudownym wydarzeniu wyższą rangę, niż miałoby ono jako relacja prostego mnicha. Według powstałego w piaskach pustyni Żywotu św. Marii Egipcjanki urodziła się ona w Egipcie w 344 roku i w wieku dwunastu lat uciekła z domu do Aleksandrii, aby w tym wielkim portowym mieście oddawać się prostytucji. Czyniła to jednak nie tyle z powodu konieczności, to znaczy dla zapewnienia sobie środków do życia, ale czegoś o wiele bardziej grzesznego – wrodzonej niepohamowanej lubieżności. Obcowanie z mężczyznami, szczególnie młodymi i niedoświadczonymi, uwodzenie ich i zachęcanie do wyuzdanej miłości cielesnej, było dla niej najwyższą przyjemnością. Bogactwem, dobrym jedzeniem i winem, a przede wszystkim niczym nieskrępowanym życiem seksualnym cieszyła się przez kolejne siedemnaście lat, aż do momentu gdy postanowiła dołączyć do grupki pielgrzymów udających się do Ziemi Świętej.
Za bilet na statek zapłaciła marynarzom własnym ciałem, a w drodze uwiodła wszystkich pątników zmierzających na święto Podniesienia Krzyża Pańskiego.
Gdy znalazła się przed bazyliką Grobu Pańskiego w Jerozolimie, zdarzyło się jednak coś dziwnego: Maria nie mogła wejść do wnętrza świątyni, gdyż broniła jej wstępu jakaś niewidzialna siła. Nie rozumiejąc przyczyny tego zdumiewającego oporu, modliła się przez ikoną Matki Bożej i w trakcie owej modlitwy usłyszała głos: „Jeśli przekroczysz rzekę Jordan, odnajdziesz na nowo spokój i błogość”. Ladacznica uświadomiła sobie grzeszność swojego dotychczasowego życia, poczuła w sobie pragnienie naprawy i zalała się łzami. Obmyła się w Jordanie, przyjęła komunię – gdyż w końcu udało się jej wejść do bazyliki, i wyruszyła na pustynię z trzema bochenkami chleba. Pieczywo to wystarczyło jej na kolejne czterdzieści siedem lat, które spędziła na pokucie.
Wychudzoną i nagą kobietę spotkał mnich Zosima, który udał się na pustynię na coroczne przedwielkanocne odosobnienie. I to jemu Maria zwierzyła się z całego swego życia. Mnich w kolejnym roku powtórnie ją odwiedził i udzielił komunii, obiecując powrócić za rok przed Wielkanocą. Tak też uczynił, ale przybywając, zastał Marię martwą. Jak podaje hagiografia Marii Egipcjanki (jej vita), lew pomógł mnichowi wykopać rów, w którym złożył on wychudzone ciało pustelniczki. Pokutnicze życie kobiety zrobiło na Zosimie wielkie wrażenie i to on pierwszy uświadomił sobie jej świętość.
Historia Marii Egipcjanki jest pouczająca, gdyż sporo nam mówi nie o samej Marii – wykreowanej najpierw na grzesznicę, a potem na pokutnicę, ale o wizerunku kobiety czasów wczesnego średniowiecza. Kościół oficjalnie walczył z nierządem i prostytucją, ale nieoficjalnie sprzyjał temu procederowi, uważanemu przez całe stulecia za racjonalny sposób na utrzymanie stabilności małżeńskiego pożycia – zgodnie z przekonaniem, iż lepiej, aby mężczyzna korzystał z usług prostytutki niż uroków kobiet zamężnych albo dziewic wywodzących się z jego kręgu towarzyskiego. Kościół ze zrozumieniem podchodził bowiem do męskiej rozwiązłości, mało tego – traktował ją jako coś w pełni naturalnego, usprawiedliwionego i akceptowalnego. Żywot Marii Egipcjanki dosadnie ilustruje zatem typowy średniowieczny paradygmat kobiety kusicielki i deprawatorki – będącej ucieleśnionym złem – i mężczyzny – bezbronnej ofiary kobiecej lubieżności, w gruncie rzeczy pozbawionego wszelkiej winy za oddawania się rozpuście.
Jednak Maria jest nie tylko prostytutką, co podkreślał autor jej vita, która sprzedaje swe ciało z czysto praktycznych powodów, ale kobietą, która czerpie z nierządu olbrzymią przyjemność – i to właśnie to ma być jej największym grzechem. To rozbuchana seksualność czyni z Marii Egipcjanki grzesznicę. Ochronić się przed złem ucieleśnionym w kobiecie tak rozpustnej jest trudno, choć vita i temu wyzwaniu stara się stawić czoła. Mnisie życie daje możliwość zapanowania nad żądzą, zarówno Marii Egipcjanki, jak i mężczyzn – czego dowodził mnich Zosima. Możemy przypuszczać, że i jego prześladowały grzeszne myśli, gdyż to one stały się gruntem, na którym cała historia się zrodziła.
Kaplica pod wezwaniem Marii Egipcjanki powstała w bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie, a jej kult rozpowszechnił się stopniowo na inne rejony imperium wraz z mnichami uciekającymi przed Arabami z pustyni egipskiej. Nagminnie zaczęły się też pojawiać w świecie zachodnim jej rozproszone relikwie.
Kult Marii Egipcjanki dotarł również do Rzymu, ale nie cieszył się tam specjalną popularnością. Dopiero wiele wieków później świętej pustelnicy dedykowano stosowny przybytek. Była nim budowla (zachowana do dziś) poświęcona w czasach antycznych Portunusowi – bóstwu opiekuńczemu portów i wszelkich drzwi i wejść (po włosku porta to drzwi). Obiekt ten niegdyś należał do kompleksu świątyń wzniesionych na Forum Boarium – najwcześniejszego rzymskiego targowiska, na którym handlowano rybami i bydłem. Znajdowało się ono w bezpośrednim sąsiedztwie antycznego portu (Portus Tiberinus), gdzie przeładowywano towary przywożone do Rzymu z morskiego portu w Ostii. Tu znajdowały się też przeznaczone dla handlarzy, podróżnych i rzemieślników liczne lupanary. Świątynia Portunusa została wzniesiona na planie prostokąta i usytuowana na wysokim podium z szerokimi schodami prowadzącymi do okazałego przedsionka (portyku) zdobionego kolumnami o jońskich kapitelach. Dalszą część stanowiło sanktuarium (cela), którego ściany zdobiły półkolumny o podobnie kanelowanych trzonach i jońskich głowicach. W IX wieku świątynia otrzymała wezwanie Santa Maria in Secundicerio, co stanowiło nawiązanie do funkcji opiekującego się nią w tym czasie Stefana Stefaneschiego – secundiceriusa, czyli zastępcy kancelarii papieskiej. Zamurowano wtedy kolumnowy przedsionek, tworząc jednolitą przestrzeń wewnętrzną, którą ozdobiono średniowiecznymi freskami.
Pod koniec XV wieku nową patronką tego przybytku została Maria Egipcjanka – żałująca swych grzechów pustelniczka i orędowniczka kobiet lekkich obyczajów. Opowieść o kobiecie upadłej, która dzięki Bożej interwencji weszła na drogę świętości, doskonale współgrała z żywą w antycznej tradycji rzymskiej legendą o innej sławnej ladacznicy. Była nią Larentia, z którą Herkules spędził noc w trakcie swego pobytu w Rzymie, przed powrotem do Grecji. Za namową herosa Larentia zainteresowała się pierwszym napotkanym po tej nocy mężczyzną. Był nim stary, ale bogaty Tarutius, który przyjął upadłą kobietę do swego domu, a po śmierci pozostawił jej wielki majątek. Ona z kolei, zanim odeszła z tego świata, wszystko, co miała, podarowała rzymskiemu ludowi. Z tego powodu jej grób, znajdujący się nieopodal Forum Boarium, w dzielnicy Velabrum, czczony był w sposób szczególny w formie ofiar corocznie składanych tam 1 kwietnia, a więc w dzień święta Marii Egipcjanki.
W XVI wieku podupadający kościół powierzono mieszkającym w Rzymie Ormianom, którzy dobudowali do niego budynek hospicjum, przeznaczony dla pielgrzymów przybywających z Armenii. W latach dwudziestych XX wieku kościół zamknięto, a świątyni przywrócono pierwotną formę. Zabudowania dawnego hospicjum zniszczono, a wyposażenie kościoła Marii Egipcjanki przeniesiono do innej świątyni – San Nicola da Tolentino, gdzie nową siedzibę znalazł też narodowy Kościół Ormian.

Do postaci nawróconej prostytutki, która doznała boskiego objawienia, porzuciła nierząd i udała się na egipską pustynię, szczególnie chętnie powracano w sztuce średniowiecznej na północy Europy. Przyczynił się do tego również nieodzowny hagiograf – Jakub de Voraigne. W swojej wersji żywotu Marii Egipcjanki, pragnąc niejako usankcjonować jej świętość, dodawał pewne szczegóły: utrzymywał, że gdy mnich zbliżył się do Marii, ta modląc się, „uniosła się o łokieć nad ziemią”, bądź że idąc na spotkanie mnicha, Maria przeszła po falach rzeki Jordan.
W średniowieczu Marię Egipcjankę na ogół przedstawiano jednak jako młodą kobietę o długich włosach, albo całkiem owłosioną, która w geście modlitwy ulatuje do nieba. Jako atrybut zaczęła jej towarzyszyć czaszka – symbol Vanitas – przemijalności i błahości ludzkiego żywota – oraz wspomniane bochenki chleba.
W rzymskim kościele poświęconym Marii Egipcjance nie przetrwały malowidła z okresu, w którym w przybytku tym sprawowano jej kult: został jedynie fragment źle zachowanego fresku ukazującego mnicha Zosimę i ledwie widoczną Marię.
Odrodzenie kultu Marii Egipcjanki nastąpiło w dobie kontrreformacji, gdy na nowo powrócono do opowieści o pierwszych męczennikach. Niewątpliwie najciekawsze wizerunki świętej wyszły spod ręki hiszpańskiego malarza żyjącego w Rzymie, a następnie w Neapolu – Jusepe de Ribery.
Ribera Marię Egipcjankę malował kilka razy, zazwyczaj jako starą, wynędzniałą i zniszczoną kobietę. Wizerunek prawdziwie przejmujący namalował w 1641 roku (Musée Fabre, Montpellier). Ukazał w nim Marię ze wszystkimi znamionami starości – z lekko odkrytą pomarszczoną piersią, zniszczonymi rękami, wysuszoną twarzą, zapadniętymi oczami. Wydaje się jednak, że oddanie Bogu pozwoliło jej zapomnieć o własnej nagości czy nawet brzydocie; ciało, w obliczu silnego religijnego napięcia, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nagości pięknego ciała antyku przeciwstawiano w ten sposób chrześcijańską nagość ciała starczego o przywiędłej muskulaturze i pełnej zmarszczek skórze. Atrybuty te podkreślać miały siłę ducha portretowanych. W paradoksalny sposób hańbiące obnażenie ciała, mające na celu pozbawienie postaci czci i godności, stawało się manifestacją jej duchowej wyższości.
Wizerunek ten jest jednym z nielicznych obrazów obnażonych starych kobiet w malarstwie w ogóle. Godna podkreślenia jest fascynacja artysty starczym, zwiotczałym ciałem Marii, jakby sztuką swą chciał udowodnić, że „boskość zna różne naczynia”.
Kopia tego obrazu, powstała w połowie XVII wieku, znajduje się w Galerii Borghese.
Na obrazie de Ribery Maria Egipcjanka chuda jest
jak dzisiejsze królowe wybiegów,
szyję na ładną, skórę oliwkową,
tyle że wiotką i usta rozpięte
na bezzębnej szczęce,
przedramiona rzeźbione
objęciami mężczyzn
zwiera w geście pobożnym
w wielkim płaszczu Zozyma, w którym hula przeciąg, nie dba o piersi
zamiast promiennego spojrzenia
najeżonego rzęsami
oczodoły wystawia głębokie i ciemne,
z pustą, ranną źrenicą
wielkie jak u Niobe
albo u pani Doroty ze sklepu,
co straciła
dziecko
wiersz Oli Górskiej inspirowany obrazem de Ribery