Synod trupi (897) – czyli niewyobrażalna papieska makabreska

Synod trupi, Jean Paul Laurens, 1860, zdj. Wikipedia

Synod trupi, Jean Paul Laurens, 1860, zdj. Wikipedia

Karty historii Kościoła pełne są wydarzeń niesamowitych, często bulwersujących i budzących niesmak, ale to znane jako synod trupi (synodus horrenda) należy niewątpliwie do najbardziej kuriozalnych. Jego bohaterami są dwaj papieże – jeden żywy, a drugi jak najbardziej martwy. Epizod ten wyznacza także pewien rozdział historii Kościoła katolickiego, w której papieże stali się elementem gry politycznej, zapominając o swym autorytecie i duchowej randze. Walczyli jak pospolici watażkowie o swą pozycję, dobra i prestiż, a metody, które stosowali, były okrutne i nieludzkie.

Synod trupi, Jean Paul Laurens, 1860, zdj. Wikipedia
Papież Stefan VI, rycina z Le vite dei pontifici, 1710, Bartolomeo Platina
Papież Formozus, rycina z 1588 r., Cavallieri, zdj. Wikipedia
Papież Sergiusz III, rycina z Le vite dei pontifici, 1710, Bartolomeo Platina

Karty historii Kościoła pełne są wydarzeń niesamowitych, często bulwersujących i budzących niesmak, ale to znane jako synod trupi (synodus horrenda) należy niewątpliwie do najbardziej kuriozalnych. Jego bohaterami są dwaj papieże – jeden żywy, a drugi jak najbardziej martwy. Epizod ten wyznacza także pewien rozdział historii Kościoła katolickiego, w której papieże stali się elementem gry politycznej, zapominając o swym autorytecie i duchowej randze. Walczyli jak pospolici watażkowie o swą pozycję, dobra i prestiż, a metody, które stosowali, były okrutne i nieludzkie.

      Jean Paul Laurens, Papież Formozzus i
      Stefan VI, 1860, fragment, zdj. Wikipedia

W styczniu 897 roku wybrany parę miesięcy wcześniej papież Stefan VI nakazał otworzyć grób swego poprzednika – Formozusa, odziać go w szaty pontyfikalne i umieścić na tronie. Zebranym w pałacu laterańskim biskupom i świeckiej publiczności zaprezentował liczące już prawie dziewięć miesięcy zwłoki i rozpoczął mowę oskarżycielską. Po trzech dniach sądu Formozus został zdetronizowany i odarty z szat. Odcięto mu trzy palce dłoni (te, którymi składał przysięgę, błogosławił i żegnał się), a następnie zwłoki przeciągnięto przez rzymski bruk i wrzucono do bezimiennej mogiły. Jakby tego było mało, po trzech dniach wyciągnięto je z grobu i wrzucono do Tybru, tak aby wszelki ślad po Formozusie zaginął. Zniszczono też wszelkie jego podobizny oraz akty prawne, które wydał, i zakazano wymawiania jego imienia.

Możemy zapytać, czym zasłużył sobie Formozus na tak okrutny los, co nikczemnego zrobił, że potraktowano go w sposób urągający wszelkim chrześcijańskim obyczajom. Aby zrozumieć przesłanki tego czynu, musimy zapoznać się z sytuacją panującą w Rzymie pod koniec IX wieku. Rezydujący tam papieże już od pewnego czasu konfrontowani byli z toczącymi się w Italii walkami zwaśnionych rodów i frakcji. Walczono jak zawsze o władzę, latyfundia, koronę króla Italii i cesarską purpurę. Pozbawiony własnej armii, nękany napaściami wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, papież zabiegał o wsparcie i pomoc militarną, a swoją życzliwość okazywał tym, którzy w danym momencie wydawali mu się bardziej użyteczni. Natomiast ci uznawani za bezużytecznych – nie zważając na papieski autorytet, od razu stawali się jego zaciętymi wrogami. Papież musiał się też liczyć z intrygami na własnym dworze, jak również z niesubordynacją otaczającego go kleru. Pontyfikaty poszczególnych papieży trwały zatem krótko – tym krócej (czasem zaledwie kilkadziesiąt dni), im mniej protektorów wśród rzymskiej arystokracji miał następca Piotrowy. Ale zacznijmy od początku. Pod koniec IX wieku w Italii toczył się zażarty bój o władzę i dominację między margrabią Berengarem I z Friuli i Gwidonem II ze Spoleto. Ostatecznie zatriumfował ten ostatni, gdyż to jego – prostego księcia podrzędnego terytorium – papież Stefan V koronował na króla Italii i założył mu na głowę cesarską koronę. Berengar, jak możemy się domyślać, nie miał jednak ochoty zaakceptować tego stanu rzeczy, ale na szczęście papież zmarł tego samego roku. Jego następcą został siedemdziesięciopięcioletni Formozus. Ten początkowo potwierdził obie koronacje Gwidona, równocześnie koronując na współwładcę i spadkobiercę tytułów (w razie śmierci ojca) jego syna Lamberta. Papież nie popierał jednak władców Spoleto, a jego sympatie skierowane były raczej w kierunku Berengara, ale sytuacja należała do patowych. Jej zmiana groziła ponowieniem walk. Gdy w 894 roku Gwidon umarł, wojska kilkunastoletniego wówczas Lamberta i jego matki Ageltrudy wkroczyły do Rzymu, oni sami udali się do Formozusa, a ten potwierdził tytuły młodego króla i cesarza. Ledwie jednak Spoletańczycy opuścili miasto, papież wpadł na pomysł, który wydawał mu się – być może – doskonałym manewrem taktycznym, ale – jak się okazało – niósł ze sobą straszliwe konsekwencje. Przypominając sobie o koronacji Karola Wielkiego na cesarza w 800 roku i zobowiązaniu Karolingów do obrony papiestwa, biskup Rzymu zwrócił się do króla wschodnich Franków Arnulfa z Karyntii (prawnuka Karola Wielkiego) o pomoc w pokonaniu „złych chrześcijan”. Ten, zwabiony perspektywą cesarskiej korony, wkroczył w lutym 896 roku do Rzymu, zajął posiadłości Lamberta, uwolnił ukrywającego się papieża i dał się koronować na cesarza. Oczywiście, tuż przedtem papież zdetronizował Lamberta. Ale czyn Formozusa nie znalazł akceptacji nie tylko wśród jego wrogów. Dumni rzymianie nie byli zadowoleni z tej „podpory” papiestwa, nie podobał im się panoszący się w ich mieście obcy i jego wojska. Na dodatek świeżo upieczony cesarz Arnulf nie zdołał rozprawić się z wrogami papieża, gdyż doznał paraliżu i powrócił do Niemiec (zmarł w 899 roku). W ten sposób Formozus został sam, bez protektorów i opiekunów, i umarł, na szczęście dla niego, jeszcze tego samego roku. Jego następca Bonifacy VI pożegnał się z życiem w bliżej nieznanych okolicznościach dwa tygodnie po intronizacji i wtedy pojawił się na politycznej arenie sympatyzujący ze Spoletańczykami papież Stefan VI. Oddziały tych ostatnich ponownie wkroczyły do miasta. Przewodził im zdetronizowany cesarz Lambert (teraz siedemnastolatek) i jego matka Ageltruda. Możemy sobie wyobrazić, jak w komnatach pałacu laterańskiego, po sutej kolacji, z kielichami wina w ręku, zastanawiają się nad sposobem przywrócenia starego porządku i wyjścia z nader trudnej sytuacji, w jakiej wszyscy troje się znaleźli. Lambert był cesarzem zdetronizowanym, Ageltruda matką ekscesarza, a Arnulf, prawowity cesarz, namaszczony przez głowę Kościoła, sparaliżowany przebywał na dalekiej Północy. Na dodatek wybór Stefana na papieża, podobnie jak wcześniej Formozusa, mógł budzić wątpliwości prawne. Najwyraźniej nic lepszego nie przyszło do głowy całej trójce jak dokonanie czegoś kuriozalnego, ale jednocześnie logicznego z punktu widzenia prawa. W czasach gdy przemoc była oczywistym sposobem współżycia, zapewne akcja, którą zaplanowali, nie wydawała im się ani makabryczna, ani nawet naganna.

W trakcie opisanego na wstępie procesu oskarżyciel, czyli sam papież Stefan VI, zarzucił swemu poprzednikowi uzurpację urzędu i złamanie biskupiej przysięgi. Według tradycji, ale też prawa kanonicznego, otrzymanie pierścienia biskupiego uważano za symbol nierozwiązywalnego związku biskupa z biskupstwem. Nie można więc było dowolnie go zmieniać, a jeśli już – to tylko w przypadkach wyższej konieczności. Formozus jako biskup Porto nie mógł zatem ubiegać się o biskupstwo rzymskie. Uznając go winnym i anulując wszystkie jego dekrety i nadania, unieważnieniu uległo zarówno koronowanie Arnulfa z Karyntii na cesarza, jak również wyświęcenie samego Stefana na biskupa Anagni. I on był bowiem w świetle prawa uzurpatorem. Mało tego, wszystkim wyświęconym przez Formozusa duchownym Stefan VI nakazał złożyć pisemne oświadczenie, w którym uznawali swe wyniesienie za nieważne. Nic dziwnego, że liczba wrogów nowego papieża rosła z dnia na dzień, a Rzym podzielił się na jego zwolenników oraz sympatyków coraz częściej widzianego w aureoli męczeństwa papieża Formozusa. Gdy tego samego lata na skutek trzęsienia ziemi zawaliła się kopuła bazyliki laterańskiej – najważniejszej podówczas świątyni papieskiej – lud rzymski uznał to za znak Boży. Doszło do antypapieskiej rebelii, którą zakończyło uwięzienie Stefana VI, a następnie jego uduszenie. Akt ten nie uciszył jednak waśni i intryg na papieskim dworze. Gdy na tron Piotrowy wkroczył ponownie zwolennik ugrupowania antyformozjańskiego, Sergiusz III (w roku 904), nakazał wydobycie ciała Formozusa z grobu i powtórnie je oskarżył, po czym ponownie nakazał wrzucić do Tybru.

Obydwaj – Stefan VI, a po nim Sergiusz III – w imieniu prawa skazali swego adwersarza. Czujemy tu posmak antycznej rzymskiej tradycji, podobnie jak starożytnych korzeni sięga obyczaj niszczenia pamięci niewygodnych cesarzy –  damnatio memoriae. Jednak rzymianie (poganie) czynili to w sferze symbolicznej (niszczenie pomników, wymazywanie imion), i ta im wystarczała, podczas gdy papieży przełomu IX i X wieku satysfakcjonowało dopiero pośmiertne zbezczeszczenie ciała.

Jak mamy zatem zbliżyć się do zrozumienia tej trudnej do pojęcia i urągającej chrześcijańskim wartościom wendety? Wypadki anulowania decyzji jednego papieża przez drugiego nie były rzadkie, podobnie jak obejmowanie stolca Piotrowego przez biskupa innej diecezji. Cesarza można było zdetronizować bez uciekania się do unieważniania powołującego go dekretu. Skąd więc ta bezgraniczna nienawiść? Tego nie dowiemy się zapewne już nigdy, gdyż tkwi ona w trudnych do rozpoznania i zrozumienia zakamarkach ludzkiej duszy.