Sancta Sanctorum i Scala Santa. Najświętsze miejsce świata i schody, po których stąpał Chrystus
Historia tego miejsca to opowieść o trzęsieniach ziemi i papieskiej ambicji, o relikwiach równie fascynujących, co wątpliwych, o freskach, których autorstwa do dziś nikt nie potrafi z pewnością ustalić, oraz o legendzie tak potężnej, że przetrwała nawet wtedy, gdy najlepsi historycy Kościoła nie umieli dla niej znaleźć żadnego potwierdzenia.
By zrozumieć, czym dziś jest Sancta Sanctorum, trzeba cofnąć się do czasów, gdy Lateran, nie Watykan, był prawdziwym centrum władzy papieskiej. Już w VIII wieku wzniesiono tam rozległy kompleks pałacowy, znacznie większy niż budynek, który stoi w tym miejscu dzisiaj. Pośród sal obrad i reprezentacyjnych gmachów znajdowała się niewielka, prywatna kaplica papieska, poświęcona świętemu Wawrzyńcowi.
To właśnie ten skromny przybytek miał stać się sercem całego założenia. Papież Leon III zgromadził w nim ogromny zbiór relikwii: fragmenty Krzyża Świętego, mleko Marii Panny, sandały Jezusa, kawałek Świętej Włóczni, cierń z korony cierniowej. Najbardziej kontrowersyjną relikwią był praeputium Domini — napletek Chrystusa. Niezależnie od tego, na ile autentyczne były poszczególne relikwie, sama ich obfitość nadała kaplicy miano Sancta Sanctorum, zapożyczone z opisu najświętszej części Świątyni Jerozolimskiej.
Rok 1277 przyniósł katastrofę — silne trzęsienie ziemi poważnie uszkodziło kaplicę papieską. Odbudowę wziął na siebie papież Mikołaj III, który już w 1279 roku mógł ją ponownie konsekrować. Dekoracją wnętrza zajął się najpewniej przedstawiciel słynnego rzymskiego rodu Cosmatich, o czym świadczy odnaleziona w kaplicy inskrypcja: „Magister Cosmatus fecit hoc opus”. Posadzka kaplicy, ułożona w charakterystycznej dla tego rodu technice kolorowych inkrustacji marmurowych, należy dziś do najpiękniej zachowanych przykładów sztuki kosmateskowej w Rzymie.
Znacznie trudniejsze pytanie dotyczy autorstwa fresków pokrywających ściany kaplicy — dwudziestu sześciu portretów świętych i papieży, wśród nich wizerunku Madonny z Dzieciątkiem, świętego Franciszka czy świętego Dominika. Najbardziej wzruszająca scena przedstawia klęczącego papieża Mikołaja III, ofiarowującego Chrystusowi makietę kaplicy. Różni badacze łączyli ich wykonawstwo z kręgami Cavalliniego, Cimabuego bądź Giotta, ale żadna z tych hipotez nie wytrzymuje konfrontacji z chronologią: w 1279 roku wszyscy trzej artyści byli zbyt młodzi lub jeszcze nieaktywni. Autor fresków w Sancta Sanctorum pozostaje więc anonimowy.
Za kolumnami wschodniej ściany kaplicy kryje się właściwe sanktuarium. To tutaj przechowywana jest najcenniejsza relikwia: ikona zwana Acheiropoietos, co z greki oznacza dosłownie „nieuczyniona ludzką ręką”. Według pobożnej legendy miał ją namalować sam święty Łukasz Ewangelista, wspomagany przez anioła. Choć ta opowieść nie wytrzymuje krytyki historycznej, sama ikona jest rzeczywiście niezwykle stara — być może pochodzi już z V wieku.
Losy ikony są równie zawiłe, jak losy samej kaplicy. Oblicze Chrystusa zostało w XII wieku przemalowane na osobnym płótnie, papież Innocenty III kazał oprawić ikonę w srebro i złoto, a w XV wieku dodano do niej boczne skrzydła. Przez stulecia to właśnie ta niewielka, tajemnicza twarz — a nie żadna z licznych relikwii — była dla pielgrzymów duchowym centrum całego miejsca.
Prowadzące do kaplicy Scala Santa to bez wątpienia najsłynniejszy element całego założenia — i zarazem ten, którego historia najlepiej pokazuje, jak z czasem legenda potrafi przesłonić rzeczywistość. Według tradycji dwadzieścia osiem marmurowych stopni pochodzi z pretorium Poncjusza Piłata w Jerozolimie — tych samych schodów, które w drodze na sąd miał pokonać Chrystus. Legenda głosi, że przywiozła je do Rzymu ze swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej matka Konstantyna Wielkiego – cesarzowa Helena.
Problem w tym, że biskup Euzebiusz z Cezarei, najbliższy chronologicznie i najbardziej wiarygodny świadek epoki, nigdzie nie wspomina o przywiezieniu jakichkolwiek schodów. Współczesna historia sztuki wskazuje raczej, że Scala Santa trafiły do pałacu laterańskiego znacznie później, za pontyfikatu Sergiusza II, a więc w IX wieku, i że schody były prawdopodobnie spolią z jakiejś rzymskiej budowli świeckiej. Legenda o Helenie okazała się jednak zbyt piękna, by ją porzucić, i to właśnie ona, a nie sucha archiwalna prawda, ukształtowała pobożność kolejnych pokoleń pielgrzymów.
Losy Świętych Schodów splotły się z losami samej kaplicy w 1586 roku, gdy papież Sykstus V zlecił architektowi Domenico Fontanie wyburzenie niszczejącego pałacu laterańskiego. Fontana musiał znaleźć nową lokalizację dla schodów – nieopodal nowego pałacu. Na fasadzie budynku umieszczono napis: SIXTVS V FECIT SANCTIORIO LOCO SCALAM SANCTAM POSVIT.
Loggia poprzedzająca schody pierwotnie była całkowicie otwarta; dopiero w 1856 roku, z inicjatywy papieża Piusa IX, zamurowano cztery z pięciu jej łuków. Marmurowe stopnie pokryto drewnianą osłoną chroniącą je przed zużyciem — osłoną, która przetrwała niemal nienaruszona, choć w ostatnich latach władze sanktuarium kilkukrotnie na krótko ją zdejmowały, pozwalając pielgrzymom dotknąć oryginalnego marmuru po raz pierwszy od niemal trzystu lat.
Żadna opowieść o Scala Santa nie byłaby pełna bez wzmianki o wizycie, która zmieniła bieg historii chrześcijaństwa. W 1510 roku wspiął się po Świętych Schodach na kolanach młody augustiański zakonnik, Marcin Luter, odmawiając na każdym stopniu modlitwę, w nadziei że uwolni z czyśćca duszę swego zmarłego dziadka. Według tradycji, gdy dotarł na szczyt, ogarnęły go wątpliwości: „Kto wie, czy to prawda?”. Zdarzenie to stało się symboliczną zapowiedzią tego, co miało nastąpić zaledwie siedem lat później — wystąpienia Lutra przeciw praktyce odpustów, z którego wyrosła reformacja.
Nie tylko Luter patrzył na ten rytuał z rezerwą. A jednak przetrwał on — i trwa nieprzerwanie. Na stopniach do dziś widoczne są cztery miejsca oznaczone metalowymi kratkami — według tradycji znajdowały się tam ślady krwi Chrystusa, które przez wieki tak intensywnie były dotykane przez wargi i dłonie pielgrzymów, że marmur uległ wytarciu.
Ściany po obu stronach schodów, podobnie jak sama kaplica papieska, zostały pokryte bogatym cyklem fresków — tym razem powstałych już w epoce nowożytnej – i opowiadają historię Męki Pańskiej, prowadząc spojrzenie pielgrzyma ku trzem najważniejszym scenom umieszczonym na samej górze: Ukrzyżowaniu, Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu.
Sancta Sanctorum i Scala Santa to w istocie opowieść o tym, jak bardzo wiara potrafi być odporna na fakty — i jak niewiele one znaczą dla siły przeżycia duchowego. Od tysiąca dwustu lat ludzie wspinają się po tych schodach na kolanach, wierząc, że dotykają czegoś więcej niż kamienia.
Może właśnie na tym polega fenomen tego miejsca: nie na archeologicznej autentyczności poszczególnych relikwii czy pewności co do nazwisk malarzy, lecz na pokładach historii i legendy oraz nieprzerwanej ludzkiej potrzebie dotknięcia sacrum, które nawarstwiły się tu przez ponad tysiąc lat. Napis nad wejściem do kaplicy przypadkiem chyba wcale nie kłamie — bo trudno o miejsce, w którym historia i wiara splotłyby się równie gęsto, jak w tym niepozornym, kamiennym sanktuarium tuż przy Lateranie.