Wenus grająca na harfie Giovanniego Lanfranca – hołd dla muzyki czy może dla miłości?

Wenus grająca na harfie (Muzyka), Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini

Wenus grająca na harfie (Muzyka), Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini

Kogo przedstawia półnaga kobieta na płótnie? Czy jest to alegoria muzyki, czy może Wenus – bogini miłości z towarzyszącymi jej, wczytującymi się w partyturę amorkami? Wielkie połacie purpurowego i błękitnego atłasu, które okrywają kobietę i zwisają za jej plecami, uwodzą widza miękką, falującą i lśniącą materią. Pośród nich ukazane jest jej piękne ciało, a pomiędzy jej nogami gigantyczna harfa. Kobieta śpiewa, na co wskazują jej rozwarte usta, i wpatruje się w nas uporczywie. Intuicyjnie czujemy, że dzieło to kryje jakaś tajemnicę, anegdotę, a może jedynie intrygującą dwuznaczność. I nie mylimy się. 

Wenus grająca na harfie (Muzyka), Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini
Wenus grająca na harfie (Muzyka), Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini
Wenus grająca na harfie (Muzyka), fragment, Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini
Wenecjanki, rycina z 1563 roku, zdj. Wikipedia
Harfa Barberini, Museo Nazionale degli Strumenti Musicali di Roma, zdj. Wikipedia
Chopines (Calcagnini), Wenecja, pocz. XVII w., 27cm x 21cm x 21cm, Galleria Nazionale d'Arte Antica
Tycjan, Wenus słuchająca muzyki, Gemäldegalerie, Berlin
Wenus grająca na harfie, Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini
Wenus grająca na harfie, fragment, Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini
Wenus grająca na harfie, fragment, Giovanni Lanfranco, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini

Kogo przedstawia półnaga kobieta na płótnie? Czy jest to alegoria muzyki, czy może Wenus – bogini miłości z towarzyszącymi jej, wczytującymi się w partyturę amorkami? Wielkie połacie purpurowego i błękitnego atłasu, które okrywają kobietę i zwisają za jej plecami, uwodzą widza miękką, falującą i lśniącą materią. Pośród nich ukazane jest jej piękne ciało, a pomiędzy jej nogami gigantyczna harfa. Kobieta śpiewa, na co wskazują jej rozwarte usta, i wpatruje się w nas uporczywie. Intuicyjnie czujemy, że dzieło to kryje jakaś tajemnicę, anegdotę, a może jedynie intrygującą dwuznaczność. I nie mylimy się. 

Obraz namalowany został przez znaczącego, wywodzącego się z Parmy malarza – Giovanniego Lanfranco. W latach dwudziestych XVII wieku twórca ten przeżywał w mieście nad Tybrem prawdziwy zenit sławy. Papież Urban VIII zadzierał głowę, aby z zachwytem kontemplować jego freski w kopule kościoła Sant’Andrea della Valle, w bazylice watykańskiej podziwiano jego malowidła ukazujące Glorię Krzyża Pańskiego (Cappella del Crocifisso), a prywatni kolekcjonerzy zamawiali u niego malunki do swoich komnat. Jakby tego było mało, Lanfranco stanął na czele prestiżowej Akademii św. Łukasza. Zyskał poklask, ale też majątek, który pozwalał jemu i jego rodzinie na dostatnie życie zapewniające wygodę i dostęp do dóbr kulturalnych, typowych dla elit tego czasu. Jedną z nich była muzyka. W arystokratycznych salonach spotykano się, aby słuchać muzyków i śpiewaków, malarze i rzeźbiarze parali się grą na instrumentach, a wieczory muzyczne stanowiły rozrywkę najwyższej próby. Rzym tego czasu to była prawdziwa mekka muzyki, i to nie tylko religijnej, a jej wielkimi mecenasami okazali się przedstawiciele papieskiego rodu Barberini. W mieście działali sławni muzycy (szkoła rzymska), a w 1626 roku przybył do niego parmeński duchowny Marco Marazzoli – śpiewak (tenor) i wirtuoz harfy, z czasem nazwany „Markiem Harfistą”. Niebawem stał się podopiecznym młodziutkiego bon vivanta – kardynała i papieskiego nepota Antonia Barberiniego, ale też papieskim dworzaninem, kompozytorem, twórcą czterystu kantat i oratoriów, a w późniejszym czasie również autorem baletu i oper, w tym tej uważanej za najstarszą operę komiczną (commedia bufa) – Il falcone (1637).



Lanfranco poznał swego rodaka zapewne na dworze Barberinich i powierzył mu naukę muzyki jednej ze swoich córek. W zamian miał namalować dla Marazzolego, który skądinąd sam próbował sił w sztuce malarskiej, trzy obrazy: Erminię między pasterzami, Kleopatrę oraz kompozycję przedstawiającą Wenus z harfą. Omawiane płótno było więc wyrazem podziwu i wdzięczności Lanfranca dla nauczyciela i mistrza. A czym było dla obdarowanego muzyka? W oczy patrzącego na obraz rzuca się imponujący, bogato rzeźbiony i złocony instrument – faktycznie istniejąca „harfa Barberini”, nowy w tym czasie typ potrójnej harfy chromatycznej, zamówiony przez Antonia Barberiniego i w 1633 roku wykonany z pietyzmem przez rzeźbiarza Giovanniego Tubiego według rysunku (najprawdopodobniej) samego Gian Lorenza Berniniego. Instrument należał wprawdzie do kardynała, ale powierzony został muzykowi. Być może purpura tkaniny znajdującej się w tle obrazu ma o tym mecenacie przypominać. Ówczesny teoretyk muzyki Giovanni Battista Doni uważał, że harfa prezentowała nie tylko walory muzyczne, idealnie współgrające z ludzkim głosem, ale miała też „szlachetny, piękny i wdzięczny wygląd”. W taki oczywisty sposób Lanfranco zaakcentował rangę muzyka uznawanego za wirtuoza tego instrumentu, ale też oddał hołd rodowi Barberinich, z którym Marazzoli całe życie był głęboko związany. Harfa znajdowała się w jego domu i powróciła do Barberinich w momencie jego śmierci. Obecnie znajduje się w rzymskim muzeum instrumentów muzycznych (Museo Nazionale degli Strumenti Musicali).



Nie da się ukryć, że obiekt ten odgrywa w obrazie rolę znaczącą. Kim jednak jest grająca na niej i być może śpiewająca półnaga kobieta? Widziano w niej alegorię muzyki, dopóki nie znaleziono testamentu zmarłego w 1662 roku Marazzolego, w którym obraz pod tytułem Wenus grająca na harfie w towarzystwie dwóch amorków zapisał on swemu wieloletniemu protektorowi Antonio Barberiniemu. Warto zauważyć, że przedstawienie Wenus grającej na harfie, a w dodatku śpiewającej, było motywem ikonograficznym niecodziennym i w sztuce nieznanym. Wenus co najwyżej przysłuchiwała się grającym muzykom, jak ukazał to Tycjan w jednym ze swych obrazów (Wenus z grającym na organach). Co ciekawe, po śmierci kardynała Barberiniego (1671) w inwentarzu jego zbiorów obraz widnieje już pod tytułem Kobieta naturalnej wielkości półnaga grająca na harfie ręki Lanfranca. Jak więc widać, w przeciągu zaledwie kilku lat bohaterka obrazu przeistoczyła się z Wenus w kobietę. Gdy przyjrzymy się jej uważnie, dostrzeżemy coś, co zarówno rodzina kardynała, a może i on sam chcieli przemilczeć. Tytułowa bogini miłości z pięknymi kolczykami w kształcie perły, ufryzowana na współczesną modę, mogła być kojarzona z często portretowanymi w tym czasie kurtyzanami, które niejednokrotnie wykazywały się niemałym wykształceniem muzycznym. Często też opisywano je i portretowano z lutnią w ręce.



Czy więc tytuł odnoszący się do Wenus miał związek z zarezerwowaną dla tej bogini krainą miłości i rozkoszy ziemskich? Sugerować to może jej bosa stopa, niedbale położona na wysokim koturnie, w jakich często przedstawiane były w obrazach kurtyzany weneckie, uważane w tym czasie za najpiękniejsze kobiety świata. Modnisie weneckie były sławne nie tylko w Italii, a podróżnicy tamtych czasów nierzadko o nich wspominali. Koturny pojawiły się w mieście nad laguną już na początku XVI wieku. Ich noszenie przez elegantki weneckie i kurtyzany podkreślało ich status społeczny, pozwalając im lepiej eksponować swoje bogate szaty uszyte z połyskujących, drogocennych materiałów. Te tak zwane chapiny spełniały też praktyczną funkcję na zabłoconych bądź brudnych ulicach. Koturny, na ogół wykonane z korka i mogące mieć nawet 50 cm (!) wysokości, uniemożliwiały kobietom normalne poruszanie się, i wtedy dopomagały im podtrzymujące je i noszące treny ich sukien służące. Obucie Wenus w koturny musiało więc być wskazaniem na Wenery bardziej ziemskie i mniej alegoryczne, trudno bowiem znaleźć inne wytłumaczenie wprowadzenia do obrazu tego elementu.

Kobieta patrzy na nas, przywołuje nas wzrokiem, a z jej otwartych ust zdaje się płynąć śpiew, który jest skierowany bezpośrednio do nas. Czy chce nas zauroczyć pieśnią, czy melodią wydobywaną z instrumentu? A może pragnie odkryć przed nami swą uwodzicielską, opiewaną przez poetów moc? Już od czasów antycznych uważano bowiem, że muzyka i śpiew mogą wzbudzać silne emocje. I nie należy wątpić, że są to emocje miłosne.

 

Wenus grająca na harfie (Muzyka), Giovanni Lanfranco, 1633–1634, olej na płótnie, 214 × 150 cm, Galleria Nazionale d'Arte Antica, Palazzo Barberini