Wenus przykucnięta – podglądana od dwóch tysięcy lat

Wenus przykucnięta, fragment, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme

Wenus przykucnięta, fragment, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme

Gdy w wędrówce po muzealnych salach rzymskiego Palazzo Massimo dotrzemy do tego miejsca, możemy mieć wrażenie, że wstąpiliśmy w krąg antycznych bogów i herosów, z których każdy pragnie zwrócić naszą uwagę, zatrzymać nas, opowiedzieć swoją historię. Znajdujemy się wśród śnieżnobiałych posągów, które niczym aktorzy odgrywają sobie tylko wiadome role. Możemy oglądać je ze wszystkich stron i w zachwycie podziwiać ich zaklęte w kamień piękne ciała i wytworne gesty. Tam właśnie dojrzymy przykucniętą Afrodytę, jakby zaskoczoną naszym przybyciem. Jej twarz zachowana jest tylko częściowo. Brakuje jej też rąk, ale to właśnie ten brak w szczególny sposób pobudza naszą wyobraźnię i sprawia, że rzeźba jawi się nam jako dzieło na wskroś nowoczesne.

Wenus przykucnięta, fragment, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme
Wenus przykucnięta, rzymska kopia greckiej rzeźby, II w.n.e., Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme
Wenus przykucnięta, fragment, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme
Wenus przykucnięta, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme, zdj. Wikipedia
Kucająca Afrodyta, Museo Nazionale Romano - Palazzo Altemps
Afrodyta i Eros, Museo Nazionale Romano - Palazzo Altemps
Kucająca Afrodyta, Musei Vaticani
Kucająca Afrodyta, Musée du Louvre, Paris, zdj. Jastrow
Kucająca Afrodyta, tzw. Lely's Vernus, rzymska kopia greckiej rzeźby dłuta Doidalesa, British Museum, London, zdj. Wikipedia
Afrodyta i Eros, Muzeum Ermitraż, Sankt Petersburg, zdj. Wikipedia

Gdy w wędrówce po muzealnych salach rzymskiego Palazzo Massimo dotrzemy do tego miejsca, możemy mieć wrażenie, że wstąpiliśmy w krąg antycznych bogów i herosów, z których każdy pragnie zwrócić naszą uwagę, zatrzymać nas, opowiedzieć swoją historię. Znajdujemy się wśród śnieżnobiałych posągów, które niczym aktorzy odgrywają sobie tylko wiadome role. Możemy oglądać je ze wszystkich stron i w zachwycie podziwiać ich zaklęte w kamień piękne ciała i wytworne gesty. Tam właśnie dojrzymy przykucniętą Afrodytę, jakby zaskoczoną naszym przybyciem. Jej twarz zachowana jest tylko częściowo. Brakuje jej też rąk, ale to właśnie ten brak w szczególny sposób pobudza naszą wyobraźnię i sprawia, że rzeźba jawi się nam jako dzieło na wskroś nowoczesne.

Zachowany fragment twarzy wystarcza, aby dostrzec rozchylone usta bogini z zarysowanymi zębami. W całości zachowały się jej delikatne piersi i jedno oko. Pozbawiony ramion tors oraz widoczne na brzuchu i boku fałdki wywołują w nas lekki uśmiech. Afrodyta ukazana jest w momencie przykucnięcia na jednym kolanie, zapewne podczas kąpieli. Czy jej ramiona i ręce oparte były na udach, czy wzniesione do góry – możemy się tylko domyślać, przywołując inne rzeźby tej bogini. Ale zacznijmy od początku, czyli od antycznej Grecji.

Zrodzona z morskiej piany Afrodyta była patronką miłości, płodności i urodzaju. Poświęcone jej greckie świątynie ściągały rzesze pielgrzymów przynoszących jej w ofierze kwiaty, owoce i wonne kadzidła oraz chleb w kształcie fallusa. Szybko stała się też popularnym tematem w sztuce. Najbardziej znane są posągi nagiej albo półnagiej bogini ujętej w kontrapoście, a najlepszym przykładem takiego przedstawienia jest watykański posąg Wenus z Knidos. Ten typ reprezentacyjnego wizerunku z czasem, czyli około III wieku p.n.e., zaczął ewoluować. W sztuce poszukiwano póz bardziej naturalnych i rodzajowych, pozbawionych znamion wytworności, i to wtedy właśnie pojawił się motyw Afrodyty, która kuca, czesze się, myje, suszy włosy albo zawiązuje sandał.

Choć wciąż nazywana była Afrodytą, nie możemy mieć wątpliwości, że to kobieta z krwi i kości, która stanie się od tej pory jednym z najpopularniejszych tematów w sztuce greckiej, a następnie również w sztuce zachodniej. Już wtedy (co może zadziwiać), aby przedstawić nagą kobietę, Grecy potrzebowali kamuflażu – a takim mogła być… boskość. Co ciekawe, nie potrzebowali go, by ukazywać mężczyzn. Nadzy atleci czy sportowcy przedstawiani byli do woli. Kobiety jednak nie.


Pierwotna rzeźba kucającej Wenus wykonana została przez pochodzącego z Bitynii (dzisiejsza północna Turcja) rzeźbiarza Doidalsesa w połowie III wieku p.n.e. Oryginał się nie zachował. W swojej Historii naturalnej rzymski dziejopis Pliniusz Starszy wspomina, że władca Bitynii Nikomedos I próbował odkupić od Knidyjczyków ich sławny posąg nagiej Afrodyty dłuta Praksytelesa. Gdy jednak mu się to nie udało, zaangażował rodzimego artystę – wspomnianego Doidalsesa – do stworzenia własnego dzieła, czego rezultatem był posąg przykucniętej Afrodyty, wykonany najprawdopodobniej z brązu. Rzeźba z Museo Massimo to jedna z jego marmurowych kopii, tworzonych bardzo licznie przez zafascynowanych sztuką i mitologią grecką Rzymian. Afrodyta zmieniła wówczas swe imię na Wenus i stała się, podobnie jak u Greków, jedną z głównych bogiń panteonu w rzymskiej mitologii. Posąg prezentowany w Palazzo Massimo został wykonany w pierwszej połowie II wieku n.e. na zamówienie wielkiego adoratora sztuki greckiej, cesarza Hadriana (117–138), i ustawiony w termach jego wilii w Tivoli (willa Hadriana).

Kopie przykucniętej Wenus, tworzone przez Rzymian w licznych wariantach, zalały imperium. Dekorowano nimi pomieszczenia prywatne, ogrody, ale przede wszystkim łaźnie. W ich wnętrzach można było przypatrywać się nie tyle bogini, ile podglądać piękną, nagą, młodą kobietę. Dziś posągi te (boginie przykucnięte, myjące się, wycierające) odnajdziemy w licznych muzeach na całym świecie. W samym Rzymie możemy je zobaczyć w kilku miejscach – choćby w Muzeach Watykańskich czy zbiorach Palazzo Altemps, by przywołać te najsławniejsze. Żadna z nich, mimo lepszego stanu zachowania, nie jest jednak tak piękna jak nasza bohaterka.


Paradoksalnie – jak już powiedziano – urok naszej rzeźby polega na złym stanie jej zachowania. Dzięki uszkodzeniu znaczących partii przedstawionej postaci możemy jedynie wyobrażać sobie jej pozę i gesty – nie jesteśmy skazani na jedną wizją. Oczami wyobraźni dojrzymy kobietę podnoszącą ręce – aby wysuszyć włosy, wycisnąć z nich wodę… ale może wcale nie podnosi rąk, tylko jedną (prawą) zasłania łono, a drugą piersi, chroniąc je przez naszym spojrzeniem, podobnie jak czyni to zrekonstruowana Wenus z British Museum. Wydaje się, że kucająca odwraca głowę, jakby zaniepokojona jakimś dźwiękiem. Jakby była spłoszona, jakby nasłuchiwała. Może również ona, tak jak starotestamentowa Zuzanna, została zaskoczona przez jakichś starców? Ale nie musiał to być przecież człowiek, zaniepokojenie mogło wywołać zwierzę albo nieznany hałas, który przerwał jej toaletę. Wyobrażenie niespodziewanego spotkania z czymś lub kimś wprowadza w ciało Wenus rodzaj niepewności, może strach. I nas jej niespokojne, nagie ciało wyprowadza z komfortu bezkarnego podglądania. Podglądanie bowiem to coś innego niż oglądanie czy podziwianie. Kryje w sobie dwuznaczność – odwiecznej ludzkiej potrzebie zaspokojenia ciekawości towarzyszy w tym przypadku przekraczanie granicy intymności osoby podglądanej. Kobieta wydaje się zawstydzona swoją nagością, co jeszcze bardziej wzmaga zainteresowanie wojerysty, jakim się stajemy, i upewnia nas, że to nie bogini miłości Wenus kuca przed nami, ale spłoszona, lekko przestraszona dziewczyna, z napięciem nasłuchująca naszych kroków. My natomiast od tysiącleci podglądamy ją, nie zważając na jej zmieszanie, co więcej – tego zmieszania oczekujemy. Wiemy bowiem, że nagość jawnie eksponowana nie jest podnietą, ale taka kamuflowana, podglądana i podszyta strachem już nią jest.

Wenus przykucnięta, Museo Nazionale Romano – Palazzo Massimo alle Terme