Torre Argentina – miejsce, w którym czas wstrzymał oddech

Torre Argentina

Torre Argentina

W samym sercu Rzymu, tam gdzie współczesne ulice przecinają się ze wspomnieniem starożytnych traktów, leży Largo di Torre Argentina — przestrzeń, która miała zniknąć, gdy na początku XX wieku planowano wzniesienie tu nowych kamienic i wytyczenie szerokich arterii. Miasto chciało iść naprzód, nie oglądając się na to, co kryje ziemia. W dokumentach z epoki zapisano, że przedsięwzięcie wymagałoby „zniszczenia budynków o wielkiej wartości archeologicznej”, ale dopiero gdy runął kościół San Nicola de’ Cesarini, a spod gruzu wyłoniły się kamienne zręby starożytnych świątyń, zrozumiano, że Rzym znów upomniał się o swoje dziedzictwo.

Torre Argentina
Torre Argentina, świątynia Fortuny (okrągła), świątynia Feronii (po lewej)
Torre Argentina, pozostałości świątynii z III w.p.n.e
Torre Argentina, pozostałości świątynii z III w.p.n.e
Torre Argentina, na wprost - świątynia Fortuny
Torre Argentina
Torre Argentina, świątynia Fortuny
Torre Argentina

W samym sercu Rzymu, tam gdzie współczesne ulice przecinają się ze wspomnieniem starożytnych traktów, leży Largo di Torre Argentina — przestrzeń, która miała zniknąć, gdy na początku XX wieku planowano wzniesienie tu nowych kamienic i wytyczenie szerokich arterii. Miasto chciało iść naprzód, nie oglądając się na to, co kryje ziemia. W dokumentach z epoki zapisano, że przedsięwzięcie wymagałoby „zniszczenia budynków o wielkiej wartości archeologicznej”, ale dopiero gdy runął kościół San Nicola de’ Cesarini, a spod gruzu wyłoniły się kamienne zręby starożytnych świątyń, zrozumiano, że Rzym znów upomniał się o swoje dziedzictwo.

Robotnicy znieruchomieli, wpatrując się w fundamenty, które pamiętały czasy republiki rzymskiej. Prace wstrzymano, a wkrótce na plac przybył Benito Mussolini, by rozstrzygnąć spór między zwolennikami postępu a obrońcami przeszłości. Po krótkiej naradzie Duce zdecydował: teren zostaje ocalony. I tak, paradoksalnie, modernizacja miasta uratowała jedną z najstarszych jego części.

Dziś, patrząc z góry na obniżony względem współczesnych ulic poziom wykopalisk, widzimy cztery świątynie, które przez wieki tkwiły schowane pod warstwami kolejnych epok. Jedna, najstarsza, stoi na wysokim podium, jakby wciąż chciała dominować nad przestrzenią. Inna, okrągła, kryła niegdyś kolosalną statuę bogini Fortuny. Świątynia Juturny nosi ślady średniowiecznego kościoła, który przez stulecia stał na jej fundamentach. A największa, poświęcona opiekunom żeglarzy, wciąż częściowo śpi pod asfaltową taflą via Florida.

Między nimi znajdowało się Statio Aquarum — siedziba ludzi, którzy dbali o wodę płynącą do miasta. Dziś po obiekcie tym pozostały jedynie fragmenty murów, ale łatwo wyobrazić sobie gwar pracujących tu urzędników, architektów i robotników.

Za świątyniami, na masywnym tufowym podium, wznosiła się Kuria Pompejusza — miejsce, w którym obradował Senat. Dziś trudno uwierzyć, że ta spokojna, kamienna przestrzeń była scenerią jednego z najbardziej dramatycznych momentów w dziejach świata. To tu 15 marca 44 p.n.e., w dniu, który przeszedł do historii jako idy marcowe, został zamordowany Juliusz Cezar. Imperator wychodził z domu przy obecnej via dei Santi Apostoli, gdzie mieszkał u swej żony Kalpurni. Według przekazów noc wcześniej kobietę nękały złe przeczucia i błagała Cezara, by został w domu. On jednak zignorował jej obawy. Szedł w stronę Pola Marsowego, otoczony niewielkim orszakiem. Nie zmierzał jednak do siedziby Senatu, bo ta była w remoncie. Obrady przeniesiono do Kurii Pompejusza, w kompleksie portyków, które dziś stanowią część Largo di Torre Argentina. Cezar dobrze znał to miejsce. Było przestronne, chłodne, pełne światła odbijającego się od marmurów. Nie wiedział, że właśnie tam czeka na niego kilkudziesięciu spiskowców. Gdy wszedł do sali, senatorowie podnieśli się z miejsc. Zaproszono go, by usiadł na przygotowanym krześle. Wtedy zbliżyli się do niego. Najpierw podszedł Tiliusz Cymber, prosząc o ułaskawienie skazanego na wygnanie brata. Gdy Cezar odmówił, Cymber chwycił go za togę. To był sygnał. Pierwszy cios padł z ręki Publiusza Serwiliusza Kaski. Cezar próbował się bronić, ale kolejni senatorowie rzucili się na niego. Upadł u stóp posągu Pompejusza — człowieka, którego kiedyś pokonał, a którego cień, jakby na przekór, stał się świadkiem jego śmierci.

Obecnie Kuria Pompejusza nie ma dachu ani kolumn. Został tylko kamienny podest, jedyna pamiątka po obiekcie, w którym historia zmieniła swój bieg.

Dziś miejsce to zamieszkują koty, które poruszają się po tym zamkniętym terenie z naturalną gracją i dezynwolturą, jakby były tu od zawsze. W ciepłych szczelinach starożytnych murów znalazły schronienie, które z czasem przerodziło się w jedną z najbardziej znanych kocich kolonii w Rzymie. Pod poziomem ulicy działa niewielkie schronisko prowadzone przez wolontariuszy, którzy opiekują się setkami żyjących tu zwierząt, karmiąc je, lecząc i szukając dla nich domów. W dawnych magazynach archeologicznych znajdują się klatki dla chorych czworonogów, miski i koce. Koty swobodnie wędrują po ruinach, siadają na kamieniach Kurii Pompejusza, nieświadomie strzegąc miejsca, w którym zginął Cezar. Ich mruczenie miesza się z szumem ulicy. Dla wielu odwiedzających to właśnie koty stają się najbardziej żywym elementem tego archeologicznego krajobrazu. Dzięki nim Torre Argentina jest nie tylko świadectwem historii, lecz także miejscem, w którym życie wciąż pulsuje – kocie życie.

Wśród ruin stoi także samotna Torre del Papito — niewielka średniowieczna wieża, która wygląda, jakby zgubiła się między epokami. Jej nazwa, jak głosi jedna z opowieści, pochodzi od antypapieża o niskim wzroście, zwanego „papetto”. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że za nazwą stoi ród Papareschi, ale legenda brzmi bardziej interesująco.

Jeszcze ciekawsza jest historia nazwy całego placu. Nie ma ona nic wspólnego z Argentyną. Wywodzi się od łacińskiej nazwy Strasburga — Argentoratum — rodzinnego miasta biskupa, który w XV wieku zbudował tu swoją wieżę. Z czasem „Argentoratina” skróciła się do „Argentina”.