Wystawa dobiegła końca w lipcu 2025 roku.
Czas na dokończenie jej zwiedzania i podsumowanie.
Wystawa dobiegła końca w lipcu 2025 roku.
Czas na dokończenie jej zwiedzania i podsumowanie.
Turystyka wystawowa czy święto sztuki? „Caravaggio 2025” – sprawozdanie bardzo osobiste, część III (ostatnia)
Wystawa dobiegła końca w lipcu 2025 roku.
Czas na dokończenie jej zwiedzania i podsumowanie.
Wystawa dobiegła końca w lipcu 2025 roku.
Czas na dokończenie jej zwiedzania i podsumowanie.
Kolejna sala wystawy, którą będziemy zwiedzać, to prawdziwa skarbnica sztuki i radość dla serca. Prezentowane są w niej dzieła powstałe po 1600 roku, kiedy to Caravaggio, zdobywszy sławę najznakomitszego malarza Rzymu (po namalowaniu cyklu obrazów do kaplicy Contarelli), stał się w pełni uznanym twórcą, co dobitnie potwierdzają wiszące tu płótna. Zacznijmy od dwóch dzieł ukazujących świętego Jana Chrzciciela – jedno (1602–1604) przybyło na wystawę z Kansas City; drugie (1604–1605) znajduje się na co dzień w rzymskim Palazzo Corsini. Oba obrazy ukazują podobnych do siebie młodzieńców – zachmurzonych, zadumanych i tak mało świętych, iż ma się wrażenie, że artysta dopiero co ściągnął ich z rzymskiej ulicy. Niektóre partie ich roznegliżowanego ciała (ręce i szyja) są opalone, co każe pomyśleć, że przed chwilą zrzucili koszule i zaczęli pozować malarzowi, czyniąc to jednak z pewną dozą zniecierpliwienia, a może i niechęci. Tu ujawnia się cały kunszt Caravaggia – twórcy świętych obrazów pozbawionych aspektu dewocyjnego. Można je podziwiać, ale modlić się do nich – no cóż – raczej trudno.
Z wielką przyjemnością obejrzałam też – po raz pierwszy „na żywo” – obraz Ecce homo (1606–1609), który przybył do Rzymu z muzeum w Prado – płótno odkryte w 2021 roku na aukcji w Madrycie, podczas której prezentowano je jako pracę nieznanego malarza z kręgu Jusepe Ribery, a jego wartość szacowano na tysiąc pięćset euro. Nie jest to obraz duży, niemniej przykuwa uwagę. Moją – muszę przyznać – pochwyciła postać wychylającego się do widza Piłata, ukazującego tłumowi Chrystusa przed ukrzyżowaniem, ale jeszcze bardziej zainteresował mnie wyłaniający się z mroku chłopiec o otwartych ustach, delikatnie okrywający czerwoną szatą ramiona ukoronowanego cierniem Jezusa. Obraz jest jednym z tych, które napawają radością każdego historyka sztuki. Przez dziesięciolecia znaliśmy jedynie jego kopie, toteż odkrycie oryginału zaledwie kilka lat temu było wielkim wydarzeniem. Ale czy na pewno jest to oryginał? Choć panuje dość powszechna zgoda co do autentyczności odnalezionego płótna, są badacze, którzy z taką atrybucją się nie zgadzają i usilnie przekonują, że nie jest to prawdziwy Caravaggio.
Ale oto kolejne wielkie odkrycie ostatnich lat – Pojmanie Chrystusa (1603), obraz z Dublina, który robi kolosalne wręcz wrażenie. Jest w nim wszystko, co stanowi o wielkości malarza – słyszalny niemal chrzęst zbroi aresztujących Chrystusa żołnierzy, krzyk i przerażenie młodego świętego Jana, świst wiatru, który unosi jego czerwoną szatę, i wreszcie wyczuwana przez nas ciekawość drugoplanowej postaci z lampą, której blask odbija się na zbroi, hełmach i obliczach uczestników zdarzenia. Cała scena została „ściśnięta”, jak to często bywa u Caravaggia, skondensowana. Obraz zachwyca ekspresją i dramaturgią, a my stajemy się bezpośrednimi uczestnikami zdrady, której symbolem jest pocałunek Judasza zbliżającego usta do policzka Chrystusa. Płótno było znane badaczom z przekazów źródłowych i kopii, a odnalezione zostało w Dublinie dopiero w 1990 roku, i to zupełnie przypadkowo. I tu wielu badaczy podważa autentyczność obrazu, przypisujac jego powstanie bardzo cenionemu w ówczesnym Rzymie naśladowcy - Dirckowi van Honthorstowi.
Z jeszcze większym wzruszeniem stanęłam przed obrazem Biczowanie (1607), który już z daleka rzuca się w oczy, przyciąga i osacza. To ten, którego zabrakło w Muzeum Capodimonte w Neapolu, o czym wspominałam na wstępie. Jasne ciało Chrystusa wydobywa się tu z ciemnej czeluści, a właściwie emanuje światłem. Wokół niego uwijają się jego dręczyciele pogrążeni w cieniu jak mroczne mary. Mięśnie szyi ofiary są napięte, ale brzuch dziwnie wydęty – zupełnie inny niż atletyczne korpusy Michała Anioła, którego Merisi był admiratorem. I ta podstawa kolumny dziwnie eksponowana za pomocą światła, i ta korona cierniowa, tak nietypowa dla sceny biczowania – wszystko to miało zapewne dla malarza znaczenie, ale jakie? Wciąż widzę ten obraz, myślę o mistycznym świetle i równie mistycznym mroku i nie mogę o nim zapomnieć.
Wróćmy jednak na wystawę, bo oto stanęłam przed jednym z najsławniejszych płócien Caravaggia, które wielokrotnie podziwiałam i o którym parę razy pisałam, poszukując klucza do zagadki jego powstania. Badacze wciąż nie są zgodni co do czasu, w którym obraz został namalowany, lokując ten moment pomiędzy 1606 a 1609 rokiem. Rozpiętość ta nie jest w tym przypadku bez znaczenia, niemniej ja spojrzałam tym razem na Dawida z głową Goliata jedynie przelotnie i stwierdziłam po prostu, że nadal pozostaje on dla mnie dziełem przejmującym, a zarazem całkowicie tajemniczym. I przeszłam do kolejnego.
Obraz Wieczerza w Emaus (1606) z Mediolanu został namalowany po ucieczce artysty z Rzymu w 1606 roku. To znakomite płótno charakteryzują wyciszone emocje, zwarta kompozycja i prawie monochromatyczna kolorystyka. Malarz stworzył typową scenę w karczmie z gospodarzem, który przystanął zainteresowany wypowiedzią jednego z gości, i kobietą beznamiętnie podającą posiłek. A przecież tematem nie jest tu jakaś codzienna sytuacja, lecz biblijne spotkanie zmartwychwstałego Chrystusa z uczniami. Ja usunęłabym kobietę po prawej stronie i jestem prawie pewna, że Caravaggio umieścił ją w tym miejscu, aby zniszczyć idealny, harmonijny trójkąt swej kompozycji, i pewnie miał rację.
Obrazem, który mnie natomiast nie poruszył i któremu nie pomogło też doskonałe oświetlenie sali, jest Święty Franciszek pokutujący (ok. 1606). Niestety, nie mogę zauważyć w tym przedstawieniu niczego szczególnego, nie oddziałuje ono na moje emocje i nic na to nie poradzę.
W kolejnej i zamykającej już wystawę sali prezentowane są trzy obrazy z ostatniego okresu życia artysty. Zobaczymy tam naprawdę dobry portret Kawalera maltańskiego (1608–1609) i gdyby nie nazbyt mocno wyeksponowany krzyż na szacie czcigodnego joannity i jego prawa dłoń, mogłabym się nawet przekonać do portretowych umiejętności Caravaggia.
W sali tej znajdziemy również zupełnie inny w wyrazie obraz, z którego patrzy na nas smutnymi oczyma cichy i melancholijny biblijny prorok (Jan Chrzciciel, 1608–1609). Trzyma w dłoni trzcinowy patyk i każe nam wierzyć, że jest Janem Chrzcicielem, na przekór naszej intuicji, że ta umalowana twarz o różowych ustach i policzkach to co najwyżej efeb albo pasterz doglądający swej trzody. Lubię ten obraz jako końcowy etap opowieści o bohaterze, którego Caravaggio malował wielokrotnie, zawsze inaczej i zawsze z tą samą dozą ambiwalencji.
Wystawę zamyka Męczeństwo św. Urszuli (1610), obraz uznawany za jedno z ostatnich płócien namalowanych przez Caravaggia. Zaskoczyło mnie ono i udowodniło, jak ważne jest oglądanie oryginalnych dzieł, a nie tylko ich reprodukcji. W przypadku tego bardzo ciemnego płótna żadna nie oddaje wszystkich szczegółów. Patrząc na oryginał, dostrzegłam brutalne oblicze króla Hunów, który napina cięciwę łuku, mimo że wypuszczona przez niego strzała dosięgła już piersi jego wybranki, trupio bladą karnację ciała Urszuli zdziwionej tym, co się stało, i postać, której dłoń wysuwa się w stronę widza, jakby w geście spóźnionej interwencji. Z tyłu zobaczymy natomiast, podobnie jak w obrazie Pojmanie Chrystusa z Dublina, twarz mężczyzny zaciekawionego tym, co się właśnie dokonuje. Muszę przyznać, że ignorowany przeze mnie do tej pory obraz zajaśniał tutaj pełnym blaskiem.
I na tym kończy się wystawa, a teraz czas na podsumowanie.
Prezentowana wystawa nie miała wielkich ambicji – pokazano zaledwie 24 obrazy, ale już ta skromna kolekcja pozwala uzmysłowić sobie niesamowitą ewolucję twórczą Caravaggia.
Czego na wystawie mi zabrakło?
Zapewne szerszej prezentacji dzieł Merisiego i wzbogacenia ekspozycji przynajmniej o dzieła znajdujące się w kolekcjach włoskich. W samym Rzymie jest przecież jeszcze kilkanaście jego obrazów. I nie mówię tu o tych zdobiących wnętrza trzech kościołów (Sant’Agostino, Santa Maria del Popolo, San Luigi dei Francesi), z których trudno byłoby je wynieść, ale o tych przechowywanych w tutejszych galeriach (Galleria Doria Pamphilj, Pinacoteca Vaticana, Pinacoteca Capitolina), które niewątpliwie wzbogaciłyby wystawę i pozwoliły ujrzeć malarza w szerszym kontekście. Być może jednak Caravaggio jest obecnie tak cennym „towarem”, że jego brak w zbiorach wymienionych przybytków sztuki stanowiłby wyraźny uszczerbek, a wielkie „oochchch”, które słyszałam w Neapolu, rozbrzmiewałoby po całym Wiecznym Mieście. Być może jednak strategia owych placówek jest inna i wystawa ma do nich przyciągać wielbicieli genialnego Lombardczyka.
Miałam nadzieję, że zobaczę Lutnistę – przepiękny obraz, który istnieje aż w trzech wersjach – jedna znajduje się w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, druga w Ermitażu w Sankt Petersburgu, a trzecia w kolekcji prywatnej w Paryżu, bądź że porównam dwie wersje Chłopca gryzionego przez jaszczurkę (National Gallery w Londynie i Fondazione Longhi we Florencji), ale być może są to moje osobiste fanaberie. Wspaniale byłoby jednak móc ujrzeć choćby drugą wersję Wieczerzy w Emaus, znajdującą się w Londynie (National Gallery), i porównać ją z tą eksponowaną na wystawie, bądź Biczowanie z Rouen (Musée des beaux-arts) i porównać je z prezentowanym na wystawie obrazem z Neapolu. Nie mówię już o sprowadzeniu Śmierci Marii z Luwru, którego to dzieła nikt tam w pędzie ku Mona Lizie nie zauważa.
Co mnie na wystawie zdziwiło?
Mimo obaw, że oglądanie wystawy w tłumie innych zwiedzających będzie nieznośne, nie było tak źle. Być może zastosowana przeze mnie technika zwiedzania „falowo-skokowego” sprawiła, że nie czułam się osaczona i mogłam napatrzeć się do woli, ale możliwe też, że moje emocje były na tyle duże, że cały świat wokół mnie zniknął i zostały tylko obrazy. Co zdziwiło mnie w samej twórczości Caravaggia? Ewolucja – niesamowita szybkość, z jaką udało mu się z malarza zupełnie przeciętnego (Chłopiec obierający owoce) na przestrzeni kilkunastu lat stać się artystą wybitnym i malarsko pewnym siebie. Zrodziło to też kolejne pytanie – co było podglebiem tego rozwoju, nie tylko zresztą artystycznego, ale też intelektualnego: czy kontakt z kardynałem del Monte i prowadzone z nim rozmowy o sztuce, czy może analiza dzieł znajdujących się w jego kolekcji? Ach... jak świetnie jest wyjść z wystawy z głową pełną wrażeń, ale też pytań.
Co mnie rozczarowało, a co zachwyciło?
Jeśli chodzi o samą wystawę i jej organizację, to nic. Jest poprawna, ale nic więcej. A obrazy? Odpowiadając na wyzwania współczesnych czasów, zamieszczam osobisty ranking artystycznych preferencji.
W kategorii NAJLEPSZE zwycięzcy to:
Biczowanie Chrystusa
Pojmanie Chrystusa
Męczeństwo św. Urszuli
Święta Katarzyna
W kategorii NAJGORSZE zwycięzcy to:
Chłopiec obierający owoce
Ekstaza świętego Franciszka
Święty Franciszek pokutujący
Oba portrety Maffeo Barberiniego
Niewątpliwie trzy pierwsze z wymienionych w zestawieniu obrazów zrobiły na mnie największe wrażenie – były tym, czym dzieło sztuki być powinno: szokiem, zadziwieniem, oniemieniem i przyjemnością, a może nawet źródłem błogostanu. Takiego stanu życzę każdemu, kto wybiera się na wystawę. Trwa ona tylko do lipca, warto więc sprawdzić, czy są jeszcze bilety.
Może zainteresuje Cię również
Gerrit (Gerard) van Honthorst (1590–1656) – wstrzemięźliwy malarz nokturnowy
Zgodnie z art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO), informujemy, że Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest firma: Econ-sk GmbH, Billbrookdeich 103, 22113 Hamburg, Niemcy
Przetwarzanie Pani/Pana danych osobowych będzie się odbywać na podstawie art. 6 RODO i w celu marketingowym Administrator powołuje się na prawnie uzasadniony interes, którym jest zbieranie danych statystycznych i analizowanie ruchu na stronie internetowej. Podanie danych osobowych na stronie internetowej http://roma-nonpertutti.com/ jest dobrowolne.